W skrócie, w pierwszą stronę było wszystko fajnie. Spotkaliśmy czaple na naszej drodze i żółwie w tych ściekach co obok ścieżki rowerowej płynęły:D I żeby już nie było tak miło, to od czasu jak się zatrzymaliśmy mój rower przestał domagać. Czemu mój? Ano właśnie. To jest dobre pytanie, jak odnośnie wszystkiego innego co mi się przytrafia:D Ale co tam.. Więc wysłałam całą zgraję dzieciaków spowrotem do pewnego punktu z Chrystelle-druga au pair- a ja sobie spacerkiem wracałam. I jeden miły pan zatrzymał się żeby mi pomóc, rozłożył mój rower na części, otworzył swoją magiczny przybornik zapalonego rowerzysty..i stwierdził: "Kurde akurat tą część musiałem zostawić w domu"..
No co za pech, nie? Złożył go spowrotem...i tak sobie prowadziłam (Jaki długi dystans to nie wiem, ale rowereami jechaliśmy w tę stronę 25 minut-to sobie możecie wyobrazić) :) Później jak już dołączyłam do reszty..to Chrystelle się ze mną zamieniła na rowery i ona trochę prowadziła a ja jechałam na jej biku.
I kilka fotek, na których wyglądam śmiesznie-tak wiem o tym- z powodu mojej czapy daszkiem pod kaskiem.. ale miałam wybór albo założyć ten "letko" za duży helmet albo ryzykować mandat...no to już wolę wyglądać zabawnie, niż płacić 6stówek w przeliczeniu na PLNy, nie?:D
Od lewej: Lianne, Alex and Claire:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz