A w sobotę od rana zaproponowałam, że wezmę baletnicę na zajęcia i Susan stwierdziła że pojedzie w takim razie coś pozałatwiać. No więc my szybciutko do autka i po kwiaty, z kwiatami wróciłyśmy, schowałyśmy w moim pokoju...i nikt nic nie widział ani nie słyszał... :) Achh... i usłyszałam tylko pytanie:"Maria, robiłaś coś z jabłkami?"..no i musiałam skłamać: "Tak, ale nie wyszło, bo nie pamiętałam dokładnie przepisu,a myślałam że pamiętam.".
No więc jak to z tą niedzielą było? Wstałam wcześniej, wzięłam prysznic i jak tylko wychodząc z łazienki otworzyłam drzwi - zobaczyłam Lianne...Stała i czekała aż skończę, przed drzwiami. Hahahha. Pomyślałam matko...co by było jakbym nie wstała o godzinie 6:30? Biedna by się zaczekała, albo musiała by udawać, że zapomniała o dniu mamy, czy coś w tym stylu. No ale nie musiała, bo ma idealną au pair, co to zawczasu myśli o takich rzeczach:) hehehe No więc wzięłyśmy kwiaty, ramkę ze zdjęciem Lianne i mamy, laurkę i dwie serduchowe blaszki naszej smakowitej szarlotki i mała oczywiście musiała się upewnić:
L: Mamo, siedzisz na kanapie?
S: Um...-tu słychac bieg przez dining room do salonu hahah- Tak, siedzę, a dlaczego pytasz kochanie?
L: Aaa tak tylko. Zamknij oczy, dobra?
No tak mi się śmiać chciało bo było słychać że Susan biegnąć do salonu o mało krzeseł nie przewróciła...no ale przecież nie wypada:P Hehhh..wręczyłyśmy wszystko, ja od siebie kwiatki też dałam i napisałam na karteczce:"Host mum, it`s also a kind of mum, right?:)"...Ale się ucieszyła..i nie spodziewała się ciacha, a jeszcze bardziej się nie spodziewała że Lianne w piątkowy wieczór ze mną je robiła! Więc na śniadanie miałyśmy szarlotkę na gorąco z lodami. Mmmmmmmniam! Cóż mogłoby być lepszego?:) I tak to teraz wszystkie przyjaciółki Susan słuchają opowieści o moim kłamstewku, że niby zmarnowałam jabłka (swoją drogą to jakby w Polsce jabłka kosztowały 18 zł. i ktoś by mi je zmarnował to też bym nie była zadowolona:P) no i jak to się dobrze skończyło, że jednak nie zmarnowałam tylko razem z Lianne w nocy piekłyśmy POLSKIE ciacho! Bo ja wiem czy to coś wielkiego? Chyba nie. Choć nie wiem co poprzednie au pairki na Dzień Mamy robiły.
A później przemiły brunch, z Lianne, Susan, mamą Susan-Barbarą-(która ma polskie korzenie, stąd to imię.I tu drugie "a" jest nieme więc wychodzi "Barbra"tak btw:))oraz bratem Susan-Billem. Co ciekawe-z czym się w Polsce nie spotkałam, tu kiedy idziesz do Restauracji i wpisujesz się na listę oczekujących dostajesz taki hmm..okrągły "beeper"- po prostu biper. Bo robi "biiip" i możesz sobie chodzić po tym ogromnym centrum handlowym, byle nie za daleko bo później wibruje i wiesz, że musisz szybko biec do restauracji bo już jest dla ciebie stolik.
Hmm..a po 3 Mathilde mnie odebrała już z domu, i pojechałyśmy cieszyć się ostatnim dniem "frappuccino happy hour" w Starbucksie. Mmmmmmmniam... Caramel..mmm całe szczęście dla mojego ciała że to nie jest zawsze za pół ceny, bo nie wiem jak bym wyglądała po takiej codziennej dawce...z bitą śmietaną i w ogóle ale pyyyyyycha jest! I tak sobie usiadłyśmy w parku i miałam dwugodzinną lekcję francuskiego, co mi się podoba! Może mi się uda ogarnąć kolejny język?:)
Mnnniaaaammm!!:) i jak widać tylko mały, skromny size wzięłam coby się nie rozpuszczać:P
O właśnie. Mam na sobie "mon collier":D
***
A co do dziś, to przebiegłam 1,66 mili. I powiem wam..że bieganie w Polsce jest znacznie łatwiejsze... a przynajmniej w Wielkopolsce. Tu, to jak bieganie w górach. Najpierw pod górkę i z górki, i znów pod, i znów w dół...Ma-sak-ra! Ja się nie dziwię że moje tutejsze biedne audi czasem nie daje rady i muszę 2 wrzucać...Ja sama też redukuję mój bieg:D No i wracam, cieknie ze mnie wszędzie a tam co? Susan ma "hair coloring party" ohh...jak super...i Jane oczywiście mówi:"o kurdę ale jesteś czerwona! biegałaś?:D ohh..nie. stałam i po prostu tak mocno ciśnienie mi się podniosło bez powodu...Jakie to błyskotliwe! heheheh ale i tak ją lubię:D Tylko zapytała mi się czy pierwszy raz widzę jak się kładzie farbę na włosy. Luuuuuuudzie! Je jestem z Polski. My w Polsce mamy ciepłą wodę, duże, kolorowe telewizory, mamy prąd i nawet telefony komórkowe. I kobiety też wiedzą co to farba do włosów:D
"Impossible is not a word, it's just a reason for someone not to try!"
***
A co do dziś, to przebiegłam 1,66 mili. I powiem wam..że bieganie w Polsce jest znacznie łatwiejsze... a przynajmniej w Wielkopolsce. Tu, to jak bieganie w górach. Najpierw pod górkę i z górki, i znów pod, i znów w dół...Ma-sak-ra! Ja się nie dziwię że moje tutejsze biedne audi czasem nie daje rady i muszę 2 wrzucać...Ja sama też redukuję mój bieg:D No i wracam, cieknie ze mnie wszędzie a tam co? Susan ma "hair coloring party" ohh...jak super...i Jane oczywiście mówi:"o kurdę ale jesteś czerwona! biegałaś?:D ohh..nie. stałam i po prostu tak mocno ciśnienie mi się podniosło bez powodu...Jakie to błyskotliwe! heheheh ale i tak ją lubię:D Tylko zapytała mi się czy pierwszy raz widzę jak się kładzie farbę na włosy. Luuuuuuudzie! Je jestem z Polski. My w Polsce mamy ciepłą wodę, duże, kolorowe telewizory, mamy prąd i nawet telefony komórkowe. I kobiety też wiedzą co to farba do włosów:D


haha, Maria, czyli traktują Cię jak wprost z epoki kamienia łupanego?:D
OdpowiedzUsuńTo, że człowiek tak się czasem zachowuje, nie znaczy że tak jest...co widać np. po mnie!:D
Tęsknie!:):*